OBŁOK ALBO DYM

  • Obłok albo dym — powiedział popękanymi wargami.Dym! Na pewno dym!Czyżbyśmy byli w pobliżu siedziby Odżibwejów?Tak sądzę.Jeżeli to wieś, to musi być tam także woda.Słusznie. Indianin nie rozbija tipi na bezwodnym terenie. Pewnie płynie tamtędy rzeka.Ruszajmy!Ruszajmy, może dotrzemy przed nocą do tipi gościnnych Odżibwejów.Zjechali ze wzgórka: Konie wlokły się wolno. Od wielu dni pozbawione były wody. Sucha roślinność prerii w takich warun­kach nie mogła im służyć za pokarm. Nie chciały skubać wysu­szonych do cna traw.Jeźdźcy, zmęczeni gorącem i dusznością, również nie mieli czym ugasić pragnienia. Suche, popękane wargi nie zachęcały do rozmowy. Jechali milcząco.

W KRAJU ODŻIBWEJÓW I DAKOTÓW

Podnieśli ręce na pożegnanie. Czarny Sęp udał się na zachód, a Kos i Tecumseh skręcili nieco bardziej na północ.Dwaj jeźdźcy zatrzymali zmęczone konie na wzniesieniu góru­jącym nad rozległą prerią. Osłoniętymi ręką oczyma badali step. Żółte, spalone słońcem trawy ciągnęły się przed nimi aż po dale­ki horyzont. Popołudniowe słońce prażyło niesamowicie. Niebo Tecumseh niczym olbrzymi błękitny klosz nakrywało lekko pofalowaną pagórkami trawiastą przestrzeń. -Ani jednej chmurki. Dokoła pustka bez drzew i krzewów.Spójrz, Czerwone Serce! — powiedział Tecumseh wskazując północną smugę widnokręgu.Długo Ryszard Kos patrzył we wskazanym kierunku, aż wresz­cie i on dostrzegł jakby obłoczek wiążący ziemię z błękitem nieba.

SĘP WRACA

  • Zwijamy obóz — powiedział do Kosa. — Straciliśmy zbyt dużo czasu. Spakowali podróżne torby, przygotowali do drogi konie, za­sypali popiół ogniska. Kos sprawdzał popręgi u swego mustan­ga, gdy zaszeleściły pobliskie krzewy.Sęp wraca — powiedział Szawanez.Rzeczywiście spośród drzew wyłoniła się wysoka sylwetka Wyandoty. Szedł sprężystym krokiem, w jego kruczych włosach tkwił pęk orlich i sępich piór. Bez słowa podszedł do swego konia. Lekko wskoczył na grzbiet. Wtedy Ryszard zauważył u jego pasa świeży skalp. Zrozumiał.W milczeniu skierowali się w dół potoku. Dopiero gdy zna­leźli się na skraju puszczy, Tecumseh rzekł:Czarny Sęp jest mężnym wojownikiem. — Wyandota z za­dowoleniem pochylił głowę. — Powierzam ci misję. Najkrót­szą -drogą dotrzesz do naczelnego wodza Dakotów i zawie­ziesz mu moje pozdrowienie. Zapowiesz wizytę Tecumseha. Nic więcej.Rozumiem.A my do Odżibwejów!

CHYBIONY STRZAŁ

Holden poderwał sztucer do góry i złozył się do strzałi _ Spokojnie celuj, bo chybisz – drwił Czarny Sęp. – Umiesz walczyć smołą, ale nie bronią wojownika.Padł strzał. Zadudnił w kniei. Gromady ptactwa poderwał się z łopotem skrzydeł i znikły w zieleni. Zamarły śpiewy ip gwizdywania. Jedynie woda niezmiennie szumiała na kamienny Czarny Sęp stał. Szeroki uśmiech rozjaśnił mu twarz. Chybiłeś, biały łotrze! — zawołał. — Na mnie teraz kolej. Zginiesz, psie!Podniósł sztucer. Wtem Holden błyskawicznie skoczył w bok pochylony pomknął pomiędzy drzewa. Błękitny jego mundur migał wśród pni. Czarny Sęp cisnął strzelbę na ziemię, dobył zza pasa nóż i pobiegł za uciekinierem.Tecumseh oparł swój sztucer o pień drzewa i podniósł po­rzuconą broń Sępa.

SPRAWIEDLIWY WÓDZ

  • Na chwilę milkł, a potem zwrócił się do Holdena: — Unurzałeś Czarnego ępa w smole i pierzu, choć nic złego nie uczynił. Zhańbiłeś rojownika Wyandotów, który przybył do wigwamu białych ze Iowami pokoju i przyjaźni. Czy tak?Porucznik Dan Holden gwałtownie zbladł, nerwowo zacisnął alce. Siląc się na spokój powiedział:Sęp spoliczkował Gayera, możecie go spytać…Rudy kujot zasłużył na policzek. Nie będziemy o nic py­tać. Siedzi tu świadek zajścia – Szawanez wskazał na Kosa  nie Holdena wystąpiły krople potu, a źrenice rozszerzył strach zmierzasz? – rzucił niespokojnie. Czarnego Sępaa, tylko śmierć może zmacać twoją winę  Tecumseh położył strzelbę na kolanach. – Ale wodz Szawanezow jest sprawiedliwy. Będziesz walczył o życie.Po twarzy Holdena płynęły strużki potu. Palce rąk wbił w kolana.

KTO HAŃBI,BĘDZIE POHAŃBIONY

  • Znacie ich? Doskonale. Któż jeszcze, prócz wojska, podąża z wami?Kupiec z fortu Miami, Willi Gayer. Wiezie z sobą towary.Rudy kujot! — wykrzyknął Czarny Sęp.Odżibwejowie będą radzi Długim Nożom. Zwiodą ich podar- ;i i słodkie słowa — powiedział Szawanez. — Dopiero później oznają obłudę i fałsz białych.Oczy Tecumseha spojrzały zimno w młodą twarz Holdena, otem przeniosły się na Czarnego Sępa, który siedział niby spo- ;ojnie, ale zaciśnięte usta świadczyły, iż rozsadza go nienawiść o porucznika, tym bardziej że nie jest pewien, co bstatecznie ostanowi wódz Szawanezów w sprawie jeńca. Widząc to Tecumseh rzekł:Kto zadaje cierpienie innym, będzie sam cierpiał. Kto hańbi mego człowieka, sam musi być pohańbiony.

WYŚMIENICI TRAPERZY

Tecumseh położył strzelbę obok siebie i nie patrząc na Hollena odparł chłodno: Nie darowałem ci wolności. Wciąż jesteś jeńcem Czarnego Sępa. Gdybyś usiłował uciec, zginiesz od mojej kuli. — Ręka Szawaneza spoczęła na zamku leżącej strzelby. Zwrócił się do jCosa i Wyandoty: — Usiądźcie, czas spożyć poranny posiłek.Przed nami daleka droga.W milczeniu jedli soczystą pieczeń i popijali przyrządzony przez Kosa orzeźwiający napój z ziół. Kiedy byli już syci, Tecumsieh zwrócił się do porucznika:Do kraju Dakotów wiodą liczne ścieżki, łatwo je zmylić.Prowadzą nas wyśmienici traperzy, znają drogę do Odżibirejów i Dakotów.Może ich znam — wtrącił Kos.To Johann Gunter i Jerry Connel.Johann i Jerry, powiadacie? — zawołał zaskoczony Kos.

PODZIĘKOWANIE ZA WOLNOŚĆ

  • Poruczniku Holden — powiedział Szawanez — jesteś teraz pod rozkazami wodza Szawanezow. Generał Pike nie daruje wam zniewagi munduru. Gene­rał…Tecumseh, wódz Związku Oporu, także nie daruje zniewagi czerwonoskórych wojowników — szorstko przerwał jeńcowi Szawanez. Po chwili łagodniej dodał: — Każę zdjąć ci więzy, biała skóro, jeśli dasz słowo, że nie uciekniesz.Holden Skwapliwie zawołał:Oczywiście, nie ucieknę, obiecuję.Tecumseh skinął na Wyandotę. Przecięte rzemienie opadły pod rudy pień sosny. Porucznik odetchnął pełną piersią. Tecum­seh wskazał mu miejsce obok ogniska.Siadaj! — rozkazał i sam spoczął pierwszy. Holden oszo­łomiony tak nagłą zmianą w stosunku do jego osoby usiadł także.Wódz Szawanezow postąpił słusznie — powiedział porucz­nik. — Dziękuję za wolność.

PORUCZNIK DAN

  • Nie mogę rozwiązać was, poruczniku, ale udzielę wam informacji, o którą pytacie. Ten wojownik Wyandotów to Czar­ny Sęp, z którego zrobiliście w Miami pośmiewisko. Pamięta pan smołę i pierze?Ofięer poruszył się, zaskoczony wiadomością. Niepokój ści­snął mu krtań, a pierś nerwowo poczęła falować. Załamującym się głosem spytał:Co ze mną zrobicie?Jutro rozstrzygnie to Tecumseh, wódz zjednoczonych  ple­mion — powiedział Kos i odszedł.Ustalili kolejność nocnych straży i pokładli się na spoczynek. Skoro tylko pierwszy poranny brzask rozproszył mroki pusz­czy, Tecumseh poderwał obóz na nogi. Przygotowali śniadanie. Wtedy Szawanez zwrócił się do więźnia:Tecumseh pragnie poznać twe imię.Jestem porucznikiem pod rozkazami generała Zebulona Pike’a. Nazywam się Dan Holden.